Skill issue


Last week I had to extend complicated, unfamiliar Helm chart. While I've discussed approach with my carbon-based coworker, actual editing and extending was done by Claude Code.

Refactors and renamings were tedious, but Claudius did them in no time. During the review we decided to significantly change the way chart is organised. Claude executed the changes perfectly.

If I had to fully understand the working of the chart, it would have taken me a good part of the week. Making the changes – another day or two. Significant rework midway – I'd probably be too demotivated to do it.

With AI assistant, I have finished work in two days. Tested, simplified, cleaned up.

But I have no more skills than I had before. I do not understand this Helm chart much better. I've spotted a thing or two during the review, but in no way I have a fuller comprehension. AI let me borrow expertise without acquiring it.

Next time when I'll have to work on this chart, I will use Claude again. I've got softly locked-in in using AI assistant to work. And I'm not happy with that.

Now, my employer sees this as an acceptable tradeoff. Paid for some tokens, unlocked couple of my pricy senior-level hours to do other stuff. It balances. Subsidising Scam Altman and his ilk is a money well spent from this perspective.

We are at the point where we offload more work to so-called AI. Those are just tools. You know what more primitive tools we had before? Assemblers. Then compilers. No one writes machine code by hand anymore. Maybe someone despairs because of it, but people commonly writing binaries are more likely to be dead by now.

No one treats high level compilers as fad and stuff kids these days do. It's just a tool, expected to work and dissappering into the background.

There's one important difference. We do not have to pay for the compilers, thanks to work of the GNU Project last century (gcc) and Apple more recently (llvm/clang). But at this point we are paying for tokens. I expect that as we cannot fathom working with any codebase without a compiler now, a LLM-driven assistant will be required to tackle bigger projects in near future.

To be free, we need to be able to run assistants at reasonable cost. Free is reasonable. Not paying through the nose for electricity is reasonable. We can hope for good quality chinese models to be available for free. We need a free toolkit revolution again. It was GNU Compiler Collection for the previous generation. Would it be Kimi now?

And we need the proprietary AI bubble to pop and rationality to return.

066/100 of #100DaysToOffload

Koniec Przeznaczenia (2)


Sony ogłosiło niedawno koniec gierki Destiny 2. Pewnie mało kto o niej słyszał, natomiast dla mnie to konkret, to (do dzisiaj) 573 godziny spędzone przed ekranem. Prawie 24 dni non-stop. Uwaga, zaraz wjedzie nostalgia.

Jakoś na studiach skończył mi się czas na granie w komputer. Dopiero w COVIDzie zacząłem do tego wracać. Dzięki Google Stadia. Nie mając „wypasionego” komputera (nigdy nie potrzebowałem) i używając tylko Linuksa, od gier byłem raczej odcięty. A tu nagle wystarczy przeglądarka i można poszczelać w najnowsze tytuły. Destiny 2 było jedną z gier dostępnych na Stadia, więc sprawdziłem. Wciągnęło mnie.

/dżogstaff/2026.06.20-destiny2.png

Po kilku miesiącach doszedłem do różnych misji, które z niewyjaśnionych względów były dla mnie niedostępne. To wina konfuzji związanej z płatnościami. Płaciłem abonament za Stadia, więc niby czemu miałem jeszcze coś kupować, żeby móc grać? Przed niejasnym finansowaniem ugiąłem się po kolejnych kilku miesiącach i zakupiłem dostęp do dodatku. Było to bodajże Beyond Light.

W międzyczasie za dobrą cenę za darmo wpadł inny dodatek, rozdawany w ramach Epic Free Games. Specjalnie założyłem konto na ich platformie.

Destiny 2 to podobno gra multiplayer. Raz mi się zdarzyło intencjonalnie grać z kimś. Nikisaku pomógł mi przejść jedną misję przeciwko Hive. Poza tym wyjątkiem, D2 to dla mnie zabawa solo. Niestety, brak towarzystwa wyklucza ukończenie dłuższych, 6-osobowych raidów.

Stadia oczywiście, jak to produkt Google, znienacka zakończyła żywot. Za opłacone i ograne abonamenty kasy nie zwrócili, natomiast za wspomniany dodatek do Destiny 2 – tak. No ale, co robić, jak żyć, gdzie grać?

Pierwszą z alternatyw, którą przetestowałem było GeForce NOW. I tam już zostałem. Darmowy poziom ma ograniczenie/ficzer: sesja gry może trwać maksymalnie 1 godzinę. Jest to plus, bo na dłużej nie siadam, na większość misji starczy. Jest to minus, gdyż w międzyczasie podłapałem też zajawkę na Hitmana (nawet kupiłem kolekcję na Steam, po śmierci Stadia). A tam często spędza się dużo czasu na obserwacji i knuciu. Przez ten godzinny limit praktycznie przestałem Hitmana uruchamiać. W Destiny też już coraz rzadiej pykam.

/dżogstaff/2026.06.20-destiny2heatmap.png

Miałem cichą nadzieję, że wraz z zakończeniem życia wszystkie dodatki do D2 będą za darmo. Nope. Ale są w kolekcji, którą za stówkę PLN nabyłem. Może uda mi się w końcu przejść to całe Destiny 2. I moze szybciej niż w ćwierć wieku.

Z innych działających platform spędziłem trochę czasu na Amazon Luna. Tam mam kuszącą Mafię, ale jak na razie pojeździłem jako kierowca w Bus Simulator. Zadziwiająco odprężająca gra. Otworzyć drzwi na przystanku, wpuścić ludzi, ogarnąć bilety, poczekać na zielone światło, trzymać się rozkładu… żadnego biegana, strzelania.

Amazon pochwalę też za ekranizację Fallout. Nabrałem ochotę na ponowne przejście drugiej części. Dalej można ją kupić, jednak cena 40 zł za gierkę z 1998r. mnie zaskoczyła. Wyczekałem, aż była w promce za 11,24zł. Tutaj nie mam platformowego ograniczenia czasu gry – F2 działa na Linuksie bez problemu. Nawet wyznaczyłem sobie slot na granie – co druga niedziela wieczorem – ale jakoś zawsze są inne rzeczy do robienia.

Eyes up, Guardian!

Name: zdzichu
Total Time in Destiny 2: 573h = 23d 21h 2m
Total Time in Activities: 468h = 19d 12h 5m
Destiny 2 Activity Count: 1463
Current Streak: 1 days inactive
Longest Streaks: 11 days active | 196 days inactive

065/100 of #100DaysToOffload

Small TLS settings modernization


Some time has passed since I've tightened TLS settings on my home server. Let's move it a notch higher, this time including home k3s cluster.

Use ECC certificates

In 2026, using elliptic curves cryptography certificates should be the norm. Fortunately, automatically obtaining them is easy. I'm using cert-manager for kubernetes ingresses. Switching to ECC is a just a matter of adding an algorithm annotation on Ingress:

annotations:
  cert-manager.io/cluster-issuer: "zerossl-production"
  cert-manager.io/private-key-algorithm: "ECDSA"

and removing the secret containing old cert and key.

Small caveat: FreeIPA still lags. While it supports ACME protocol, ECC through it is not possible, yet. I've left my internal domains with RSA certificates.

For the main server, I refresh certificates using small Ruby script. I had the change RSA.new(3072) to an EC key generation, rest happened automatically:

certificate_private_key = OpenSSL::PKey::EC.generate('prime256v1')
csr = Acme::Client::CertificateRequest.new(private_key: certificate_private_key, names: PIPEBREAKER_DOMAINS)

Use TLSv1.3 only

Last time I've limited support of Transport Layer Security to versions 1.2 and 1.3. Today, let's allow the latest only. I don't care about supporting Windows 7-era clients (years out of support).

Ingress on k3s is handled by Traefik. Simplest way to influence its config is by creating a global (named default) TLS configuration option:

apiVersion: traefik.io/v1alpha1
kind: TLSOption
metadata:
  name: default
  namespace: kube-system
spec:
  minVersion: VersionTLS13

That's all!

Change to nginx configuration on the main server is minimal, too. Version 1.2 is removed from the list, leaving only 1.3:

ssl_protocols TLSv1.3;

I have to tune Postfix and few other services TLS settings later.

065/100 of #100DaysToOffload

🚲 Wdzydzkie wokół i Noc Muzeów


Weekendowy wypad, który udało nam się idealnie połączyć z nocą muzeów w skansenie we Wdzydzach.

Piątek

Zaraz po pracy rowery lądują na platformie i jedziemy do Wdzydz Kiszewskich, około godziny drogi od Trójmiasta. Po drodze zaczyna intensywnie padać, ale ufamy suchej prognozie na weekend.

Dwa noclegi mamy w Gościeńcu Rzemyk, znajdującym się strategicznie w samym skansenie. Pokój wygodny, miejsce na rowery w przedsionku. Niestety wszelkie jadłodajnie w okolicy zamykają się o 19, więc ostatecznie kolację jemy w Kościerzynie (to tylko 16 km, przy okazji robimy też zakupy na jutro).

Sobota

Pierwszym ważnym punktem na ten dzień jest objechanie jezior Wdzydzkiego Parku Krajobrazowego. W stanicy wodnej PTTK wchodzimy na wieżę widokową. Z małymi problemami z wejściem typu mantrap. Terminal na nim nie działa, a pół obrotu potrafi skasować bilet. Znany problem, obsługa z recepcji bez problemu wystawia kolejny bilet.

Potem rundka po samych Wdzydzach, fotka pod dużym czerwonym napisem (jest pomocny stojaczek do ustawiania telefonu) i dalej w trasę. Przejeżdżajac Czarlinę przyglądamy się trasie na niedzielę, potem pocinamy przez zielony las niedaleko jeziora. Po drodze urokliwy mostek i kładka.

Trasę poprowadziłem nie główną drogą, a bliżej jeziora. Przez to przed Wygodą było całkiem niewygodnie na głębokim piachu. Na szczęście tylko fragment. Dalej, gdy stoimy pod rowerową bramą, mija nas Bartek z pracy. Zupełnie przypadkowe spotkanie.

Dalsza jazda przez las wynagradza nas cichutką polaną nad brzegiem. Wyciągamy koc i chillujemy. Na wysokości Jonin Małych ścieżka nabrzeżna robi się już nie-rowerowa. Wracamy na główny szutr, ale do brzegu wracamy jeszcze raz, do platformy z widokim na Ostrów Mały.

W Przytarni atrakcja są dwie: remiza i kilka rzeźb oraz kolejna wieża widokowa. Widzieliśmy ją rano z tej wieży na północy. Konstrukcja w Przytarni jest darmowa, z parkingiem i niezłym zagospodarowaniem. Wyznacza też połowę naszej dzisiejszej trasy.

Jakby ktoś miał więcej sił, to tutaj można odbić i odwiedzić Skansen im. Józefa i Jadwigi Chełmowskich w Brusach-Jagle.

Trasa rowerowa między Malarami a Czarnowodzianką właśnie się buduje. Będzie nieźle, na razie przejechaliśmy trochę na dziko. W Jasnochówce obiad w fajnej lokalnej karczmie na polu kempingowym. Ruchanki z fjutem okazały się pùrclami, co jednak nic im nie odbiera w smaku.

Dalej trasa pogarsza się. Dużo przejść nad samą wodą zamkniętych jakoby teren prywatny (mam wątpliwości czy to aby zgodne z polskim prawem). Tam, gdzie szlak wyznaczony zdarzają się trudne podjazdy po korzeniach. W drugich Wdzydzach (Tucholskich) jeszcze jedna platforma widokowa, potem rzut okiem na półwysep Lipa (tutaj też można zjeść smacznie) i pedałujemy przez las.

Robi się trochę nudnawo, jedziemy kawałek asfaltem i potem znowu odbijamy w las i nad brzeg. Gołuń, spotkanie kolegi Piotra i jesteśmy z powrotem w noclegu.

Prysznic, kolacja w restauracji na parterze i ustawiamy się w kolejkę. Zaczyna się Noc Muzeum w Skansenie we Wdzydzach, czyli drugi ważny punkt soboty. Organizacyjnie wyszło trochę słabo, przewodnicy nie panowali nad grupami, ale jak się dowiedzieliśmy, ponad 1 200 osób pojawiło się tego wieczoru. Przy zapadających ciemnościach przeszliśmy przez część skansenu obserwując życie na wsi i grupy rekonstrukcyjne udające partyzantów. Polecam, przyjazd z Gdańska tylko na wieczór ciężko uzasadnić, ale jako punkt weekendowego wypadu 💯.

Niedziela

Dzień zaczynamy od drugiej wizyty w Skansenie. Tym razem za dnia, na pełnym terenie, oglądamy dokładnie wszystko. Zajmuje to jakieś 2 godziny.

Przed powrotem do domu mamy jeszcze rowerowy plan na Pętle Czarlina. Pokrywa się częściowo z sobotnią trasą, więc dla odmiany zrobimy ją w drugą stronę niż zalecana. Z trzynastu kilometrów część jest w miarę dobrą leśną ścieżką, ale część po piaszczystych drogach. My jakoś jedziemy, ale mijana rodzina na wypożyczonych rowerach bardzo się męczy. Szkoda, bo widokowo ładnie, mijały nas też zające i sarny. Jednak nie poleciłbym specjalnie tej trasy.

Pod koniec zatrzymaliśmy się na rybkę w barze U Jarosi. Jak już przyszła, to była pyszna, ale czekania było koło godziny od zamówienia. W tym czasie można pętlę Czarlina przejechać jeszcze raz w całości.

Polecam tak spędzić weekend w okolicach Wdzydz. Noc Muzeów w Skansenie była wisienką na szutrowym torcie.

064/100 of #100DaysToOffload

🚲 Swarzewo ↔ Krokowa i okolice


W majowy weekendzik przejechaliśmy w końcu od dawna zaplanowaną trasę od Swarzewa do Krokowej i z powrotem. Całość ma 17km w jedną stronę, więc łatwo policzyć, że przejechaliśmy ok. 62 kilometrów ;)

Trasa jest niewymagająca i dobrze opisana, jednak wiele z proponowanych atrakcji to prywatne tereny lub budynki za płotem. Niemniej na spokojny dzień jazdy polecam.

Zacząć można w centrum Swarzewa, na parkingu w pobliżu Sanktuarium. Pierwsze zwiedzanie jeszcze przed dobrym rozpędzeniem się. Potem przejeżdżamy koło labiryntu w polu kukurydzy, uwagę przyciągają samoloty i pociąg, a także rzekome Muzeum Tandety.

Chwilę potem wjazd na właściwą trasę i od razy urokliwy przejazd przy wiatrakach. Odbicie na południe aby zobaczyć dworek i pierwsze rozczarowanie. To po prostu czyjś dom. I do tego głupio komuś na działkę wjeżdżać.

Paręnaście minut później odbijamy do Radoszewa, gdzie odrestaurowano kuźnię. Niestety nic się akurat nie działo, budynek był zamknięty. Ale faktycznie ładny, a po drodze były bociany.

Powrót na trasę i dojazd do Kłanina. Tutaj kilka dróg obecnie bez przejazdu (po powrocie poprawiłem na OpenStreetMap). Atrakcja, czyli pałac i folwark, jest teraz hotelem, więc nie za bardzo do zwiedzania. Drugi highlight to Muzeum Pancerne. Niestety w tych dniach odbywał się jakiś piknik z targiem, za dużo ludzi na swobodne oglądanie. Ale jednej panterze się przyjrzałem.

Jedziemy dalej, tym razem przed Sławoszynem odbijamy trochę na północ. Ten przejazd bym zmienił, zamiast męczyć się na piaszczystej drodze lepiej skręcić później w samej miejscowości. Celem jest pojechanie trochę przez las (dla odmiany od odkrytej, nasłonecznionej głównej trasy) aż do rezerwatu Bielawa. Tutaj przerwa na posiłek na platformie z widokiem na urocze torfowiska i bagna bielawskich błót.

Powrót problematyczny, droga z mapy w rzeczywistości nie istnieje, zarosła m. in. malinami. Po poharataniu goleni i łydek zawracamy, wracamy jak przyjechaliśmy. Z powrotem jesteśmy na trasie. Dwa obroty korby dalej (jest z górki, ale nierówno bo korzenie zniszczyły asfalt) docieramy do Krokowej. Tutaj krótki chill pod zamkiem (też hotel, więc kiepska atrakcja), rzut oka na kościół, Muzeum Regionalne niestety zamknięte. Jeszcze tylko gofry z kawą i zaczynamy powrót.

Aż do Kłanina bez niespodzianek. Jeszcze raz przejeżdżamy przez piknik, jeszcze raz rezygnuję z próby oglądania muzeum. Ze szlaku jedziemy teraz na południe. W Starzynie ładny kościółek, potem gravelujemy przez las do Mechowa. Tu też kościółek do zobaczenia, ale najważniejsze są Groty Mechowskie.

Całkiem fajne. Ciekawa forma geologiczna, w środku chłodno i trzeba iść w przykucu. Niestety bardzo krótkie, przejście całości to minuta (nawet w przykucu). Za to obok ładnie zrobione miejsce na relaks, jakiś food track, bar, poidełko.

Stąd powrót na trasę główną. Grobowiec von Grassów przegapiliśmy, a Starzyński Dwór i folwark cysterski – za bramą na terenie prywatnym 🤷🏻‍♂️. Przy wyjeździe pomnik umęczonego żołnierza Armii Czerwonej, na tle pomalowanego w wesołe kaszubskie wzory przystanku.

Cyk, na główną trasę i tak już do końca. Dojechaliśmy do swarzewskiej mariny, gdzie na ławeczce z widokiem na zatokę zakończyliśmy dzień.

Trasa łatwa, przy dobrej pogodzie dość przyjemna, ale bez wielu atrakcji.

063/100 of #100DaysToOffload

UXowiec płakał jak projektował, maszyna iskrzyła jak tłumaczyła


Grzebiąc w appce od opaski znalazłem opcję, którą z opisem przytoczę w całości:

Śledzenie danych przechowywanych lokalnie

Utwory nagrane po otwarciu są przechowywane tylko lokalnie w aplikacji. Jeśli aplikacja zostanie usunięta, utwory zostaną utracone. Podczas synchronizowania danych do strony trzeciej, ścieżki nie będą również synchronizowane, co może spodowować nieprawidłowe dane synchronizacji.

O fajnie, pomyślałem. Opcja prywatności jakaś. Nie będą mnie śledzić nie wiadomo jakie strony trzecie.

Włączyłem.

Dwie kolejne aktywności zsynchronizowane do Stravy pojawiły się bez mapy. Ale w appce od opaski trasy na mapie są. Zacząłem szukać awarii. Internet wskazał winę powyższej opcji.

I wtedy zrozumiałem opis. Utwory, czyli tracks, czyli tak naprawdę ślady aktywności. Strava jest tu stroną trzecią, więc nie dostaje informacji o lokalizacji. Przez to Strautomator nie może dodać informacji o pogodzie czy flagi kraju. Dokładnie tak, jak to jest opisane w niedokładnym tłumaczeniu.

Wyłączyłem opcję. Kolejna aktywność w Stravie zsynchronizowała się z mapą.

062/100 of #100DaysToOffload

2 Become 1


Niedawno zakupiłem opaskę fitnes, jednym z powodów była chęć analizy tętna w czasie jazdy na rowerze. Żyjemy w hiperpołączonym świecie, więc appka od opaski po zakończonej jeździe wrzuca wyniki do Stravy i niby jest OK.

Jednakże, jednocześnie wyniki wrzuca też appka od roweru. Strava nie potrafi łączyć różnych zapisów tego samego wydarzenia. Więc przez pewien czas uczestniczyłem w jazdach grupowych: Tomasz Torcz jeździł z Tomaszem Torczem. Jeden miał tętno, drugi kadencję. Dodatkowo rower rejestrował tylko trasę w czasie jazdy, a appka od opaski również pójście w krzaki na siku albo zwiedzanie przydrożnego muzeum.

Do niedawna! Po ostatniej aktualizacji, appka od roweru potrafi połączyć się z czujnikiem tętna i przekazać te dane do Stravy. Wszystko ładnie w jednym miejscu.

/dżogstaff/2026.05.02-parametry.png

Ale nie od razu. Otóż poza podłączeniem opaski, trzeba jeszcze odklikać Profil → Konto → Śledzenie aktywności → Przechowywanie i udostępnianie danych o tętnie. Dziękujemy pan Robert Bosch za utrudnienie.

061/100 of #100DaysToOffload

Japonia + Korea 18: podsumowanie


Wooha. To był niezły wyjazd.

Nie byliśmy przekonani do Japonii. Jawiła się jako kraj niedostępny, niekomunikatywny, w którym turyści jak nie mają zdjęcia toalety, to się nie dowiedzą gdzie sikać.

Jest zupełnie inaczej. Wszystko jest opisane, również po angielsku. Na przystankach, stacjach nie brakuje wyjaśnień. W najgorszym przypadku wystarczy spojrzeć, jak podróżują localsi (czy odbijają się kartą na wejściu i wyjściu, czy tylko raz, itp.). To zrobiło na mnie największe wrażenie.

Znajomość angielskiego nie jest najwyższa, za to wszyscy sprawnie posługują się automatycznymi translatorami. I nie narzucają się (plus dla nich), ale zagadnięci odpowiedzą.

Jest ślicznie, jest czysto, chociaż na ulicach prawie nie śmietników. Wszyscy grzecznie odnoszą papierki do domów. Jest też pysznie. Ramen, owoce morza, lokalna smażenina, tempura. O tym można pisać i pisać.

Za to przeświadczenie o nowoczesności Japonii to jakaś nostalgia. Miasta wyglądają na rozwinięte, ale w ubiegłym wieku. Architektura zatrzymała się w okolicach lat '80–'90, a na Okinawie nawet '70. Nie wszędzie można płacić kartą, za to mają mnóstwo automatów… przyjmujących banknoty i liczących monety. Pewnie jeszcze faksów używają.

Mityczne tłumy ludzi są w pewnych miejscach, ale większość czasu było spokojnie.

Wygląda na to, że jeszcze tam wrócimy.

060/100 of #100DaysToOffload

Japonia + Korea 17: koniec


Zgrzyt z kierowcą Ubera, zobaczył walizki i odjechał porzucając kurs.

Bongeunsa Temple buddyjska, duża i zadbana. Pan grał na bębnie i na smoku, ale w gong już nie walnął.

Lotte Tower, punkt widokowy na pół kilometra wysokości, ale nic absolutnie nie widać (pogoda :().

Na stacji Seoul Station wszystkie schowki na bagaż zajęte, jedyna czynna przechowalnia ma ceny 4x.

Żarełko zupa a'la hot pot. Sami ugotowaliśmy, super świeżo, chrupiące warzywa.

Pałac Changgyeonggung, bardzo fajny, jak ktoś jest w stroju narodowym to wejście free.

Kroków 28,9k, 22,6km. Spaceru po Schiphol już nie liczę, chociaż w czasie podróży w tamtą stronę trafił na Stravę.

W samolocie obejrzałem "Predator: Badlands" i "Black Widow".

Wschód słońca w Amsterdamie. Lotniska są śmieszne, mieszają się ludzie w różnych strefach czasowych (lokalnie jest 5 rano, dla mnie 12 w południe).

059/100 of #100DaysToOffload

Japonia + Korea 16: welcome Seul


Zaczynamy od Pałacu i zmiany warty. Potem dzielnica z tradycyjnymi domkami, jedna na zachód, druga Bukchon Hanok. Tutaj ludzie nie w kimonach, ale w tradycyjnych strojach Hanbok. Ładne tło robią w historycznej zabudowie.

Pada, wiec dużo kawiarni po drodze odwiedzamy.

Muzeum Sztuki współczesnej meh, Kimchi Museum OK.

City Hall z super interaktywną makietą. Jak kiedyś trafię do tej gdańskiej za 3 mln PLN, to porównam. Obawiam się rozczarowania makietą u nas.

Kanał z deptakiem w centrum Cheonggyecheon – przywoływany przez aktywistów miejskich jako przykład zastąpienia wielopasmowej drogi w centrum. Owszem, ale po 50m na boki od tego kanału są dwie 4-5 pasmówki.

Market, kilogramy (dosłownie) zakupów drogeryjnych. Tax free, baby!

Żarełko w knajpie z 4 daniami (w tym jedno sezonowe, którego brakowało) ale z gwiazdką Michelin.

Kroków 25,9k, 19,6km

058/100 of #100DaysToOffload

Japonia + Korea 15: z Okinawy do Seulu


Okinawa World z jaskinią, przez którą wchodzi się do skansenu. Bardzo zagospodarowana, duże stalaktytów wycięte :(. Tak jak wczorajsza jest ciepła, ok. 20°C.

Makishi Market w Naha, bez szaleństw.

Lot do Seulu.

Bilet na pociąg do Seul Station 1020 wontonów, czyli jakieś dwa i pół PLN.

Od razu widać, że Koreańczycy to inni ludzie, bardziej zróżnicowani, w wyglądzie i ubiorze, bardziej wyluzowani, gadaja w metrze przez telefon.

Kroków 11,9k, 7,3km.

057/100 of #100DaysToOffload

Japonia 14: w czasie deszczu


Jaskinia Okinawa z własnym wifi. Sprytnie oznakowane photo spots, ale przez to wszyscy mają takie same zdjęcia.

Podwodne obserwatorium Busena Marine Park zamknięte (z powodu sztormu?), szkoda.

Zamówienia ramenu, w maszynie jak dzień wcześniej, ale potem customizacja długopisem na paragonie.

Wodospad Torodoro z ładnie zagospodarowana parkiem, włączyłem Stravę (bo squadraty!).

Zakupy, pranie, chill.

Kroków 5,4k, 4km.

056/100 of #100DaysToOffload

Japonia 13: nie popływane


Oceanarium, mniejsze niż Majorka, delfiny ok, natomiast same akwaria mogłyby być większe.

Cancelnęli nam jutrzejsze pływanie i nurkowanie, przez pogodę.

Dalsze prowadzenie samochodu, włączyłem wszystkie Lane Assist, jest ok. Wieczorem już poganiałem Japończyków zamulających na światłach. Przejeżdżając skrzyżowania na wprost wizualizuję sobie, gdzie bym pojechał jakbym skręcał. To chyba też pomaga w przestawieniu na ruch lewostronny.

Skansen Ryukyu Mura, w tym pokaz tradycyjnego śpiewu i bębenka.

Zakupy i do domu na chill. Po drodze kolacja w restauracji z automatem do zamówień. Paragonik daje się kelnerowi i przynoszą. Taka trochę nowoczesność na siłę.

Kroków 10,9k, 7,6km.

055/100 of #100DaysToOffload

Japonia 12: Kobe w drodze na Okinawę


Rano pakowanie na lot (jeszcze 2 takie będą na tej wycieczce), potem do Kobe.

Kolejką linową na górę i chill w ogrodach Herb Gardens. Można pozazdrościć mieszkańcom. Jedyny zgrzyt to kawiarnio/restauracja w połowie, część kas cash-only.

Potem Portliner, kolejka na lotnisko, która jeździ na wysokości 4 piętra, wrażenie jak rollercoaster.

Jazda samochodem: pierwszy raz kierownica po prawej, pół Okinawy przejechałem. Tylko kilka razy wycieraczki zamiast kierunkow były, nigdzie nie wjechałem pod prąd.

Kroków 15,4k, 12,6km.

054/100 of #100DaysToOffload

Japonia 11: w kimono w Kyoto


Rano historyczny pociąg z Osaki, bardzo klimatyczny. Co ciekawe normalnie jeździ na tym połączeniu, ale tylko w wekeendy (w tygodniu zwykłe składy).

Ubranie w kimona, ceremonia herbaty i chodzenie po mieście w kimonkach. Fun! Zdjęcia pod wiśniami lepsze niż ślubne.

Kawa i lokalne pancake, takie sobie i wszystko 2x droższe niż dotychczas.

Romantic train opóźniony 40 minut! Widokowo fajnie, chociaż padało, ale gadający bez przerwy maszynista i ludzie biegający od okna do okna psuli nastrój.

Ponownie Murayama Park, ale tym razem wieczorem bez ludzi. Potem świątynia Kiyomizu-dera w nocnych iluminacjach.

Kroków 23,9k, 20,5km.

053/100 of #100DaysToOffload

Japonia 10: wyższy poziom w Osace


Łażenie po Osace.

Z rana Umeda Sky Building – taras widokowy dość wysoko.

Spacer parkiem sakurowym Kema Sakuranomiya do zamku, ludzie chilluja, spokój, rzeczka.

Osaka Castle tylko z zewnątrz, tłumy ludzi, pogoda wyciągnęła ich na spacery?

Świątynia Shitennō-ji ładne i zadbane.

Wieża widokowa Hitachi Tower.

Potem po okolicznej dzielnicy. Szok po wejściu do sali z automatami. Długie rzędy maszyn do grania, huk wentylatorów jak w serwerowni. Tak wygląda współczesny matrix. Obok duży sklep Don Quixote. Sklep ze wszystkim, na każdej półce jakieś grające reklamy, hardcore. Za to przydatne mapy sklepu naklejone na podłodze.

Kroków 30,6k, 19,4km.

052/100 of #100DaysToOffload

Japonia 9: Kyoto gejszowo


Szybki wypad do Kyoto.

Zamek Nijō-jō i pałac Honmaru-goten, znane ze śpiewających podłóg. Jest to efekt tarcia gwoździ. Ładne, chociaż niewielkie.

Teatr Gejsz Gion Kōbu Kaburenjō. Ciekawe doświadczenie, dostępna audio–deskrypcja tłumacząca co widzimy. I czego nie („osoba ubrana na czarno jest niewidzialna”).

Kodai-ji temple z laskiem bambusowym i pawilonem do obserwacji odbicia księżyca w stawie. W porządku, mało ludzi.

Potem spacer do Yasaka Pagoda, dzielnica gejszowa i posiedzenie w czasie zachodu Słońca w Murayama Park.

Po powrocie do Osaki świetna kolacja w lokalnej izakaya z super świeżymi owocami morza. Miły właściciel, za zamówienia złożone po japońsku zostaliśmy docenieni i otrzymaliśmy gratisy do popróbowania.

Kroków 23,8k, 17,9km.

051/100 of #100DaysToOffload

Japonia 8: 1 kwietnia z Mario


Universal Studios Japan, głównie stanie w kolejkach. Na początek Flying Dinosaur, w moim wieku już chyba powinien uważać na serce przy takich atrakcjach. Za to po takim starcie, wszystkie kolejne już były lajtowe. Jurassic Park ride miał problem techniczny i z 30m czekania zrobiło się 1,5h. Nawet wyszli animatorzy, żeby ludzie się nie nudzili. Minionki spoko, ostrzeżenie przez gwałtownymi ruchami, migającym światłem i zapachem bananów.

Spływ Szczękami, wejście natychmiastowe przez singles line i to jest odpowiedni czas oczekiwania na atrakcję 5 minutową.

Nintendo World Mario Kart z okularami 3d, spoczko.

Mało fastfoodów, raczej nastawienie na przytrzymywanie odwiedzających w kolejkach w restauracjach.

Harry Potter gadający po japońsku w czasie lotu przez i wokół Hogwartu zajebisty.

Na rollercoaster hippogryf nie zmieściłem się! W zamian za stanie w kolejce obsługa dała mi express pass.

Ogólnie, taki park rozrywki to nie do końca moja bajka.

Kroków 24,2k, 16,3km

050/100 of #100DaysToOffload

Japonia 7: OMG Osaka


Pociągi do Osaki, Shinkansen (237km/h), przesiadką na Limited Express (tylko do 160km/h). Na grupę 4 osób biletomat wydrukował 16 kwitków i paragon.

W pociągu nadrabianie zaległości na laptopie, bo mi się nie chciało wczoraj. W ogóle nie czuć, że się jedzie. Przystanki też prawie nieodczuwalne.

W ekspresie turyści nie ogarnęli, że miejsca na walizki przy drzwiach przynależą do skrajnych siedzeń i konduktor wyjebał im bagaże na korytarz. Tam sobie leżały przez resztę podróży.

Osaka, niestety są te dzikie japońskie tłumy.

Świątynia Namba Yasaka Jinka z brzydką rzeźbą, potem sushi na taśmie takie sobie.

Handlowa uliczka Shinsaibashi-suji hardcore, się zaopatrzyliśmy się w merch z Uniqolo.

Potem własnoręczny grill z wagyu, z dodatkową Kainomi do nażarcia (380 PLN na 4 osoby, jak za darmo).

Kroków 17,6k, 12,5km.

049/100 of #100DaysToOffload

Japonia 6: jeszcze więcej Kanazawy


Ninja temple bardzo ciekawe, muzeum lalek też.

Omicho market, szybki szaszłyk z 🐙, zrobiliśmy sobie pieczątkę z nazwiskiem zapisanym fonetycznie. Jechaliśmy GOTaxi z koronkowymi obrusami na siedzeniach.

Warsztaty złocenia, zrobiliśmy talerzyki i pałeczki, będą na pamiątkę.

Muzeum Geiko z zieloną herbatą w zacisznym miejscu.

Spacerek po dzielnicy Gejsz, zakupy w Hands i podobnych sieciówkach, mięsiwa w tempurze ma kolacje, bo zamknęli nam sushi jeżdżące na taśmie.

Onsen przed ostatnią nocą tutaj.

Kroków 14.4k, 10.6km.

048/100 of #100DaysToOffload