Japonia + Korea 18: podsumowanie
Wooha. To był niezły wyjazd.
Nie byliśmy przekonani do Japonii. Jawiła się jako kraj niedostępny, niekomunikatywny, w którym turyści jak nie mają zdjęcia toalety, to się nie dowiedzą gdzie sikać.
Jest zupełnie inaczej. Wszystko jest opisane, również po angielsku. Na przystankach, stacjach nie brakuje wyjaśnień. W najgorszym przypadku wystarczy spojrzeć, jak podróżują localsi (czy odbijają się kartą na wejściu i wyjściu, czy tylko raz, itp.). To zrobiło na mnie największe wrażenie.
Znajomość angielskiego nie jest najwyższa, za to wszyscy sprawnie posługują się automatycznymi translatorami. I nie narzucają się (plus dla nich), ale zagadnięci odpowiedzą.
Jest ślicznie, jest czysto, chociaż na ulicach prawie nie śmietników. Wszyscy grzecznie odnoszą papierki do domów. Jest też pysznie. Ramen, owoce morza, lokalna smażenina, tempura. O tym można pisać i pisać.
Za to przeświadczenie o nowoczesności Japonii to jakaś nostalgia. Miasta wyglądają na rozwinięte, ale w ubiegłym wieku. Architektura zatrzymała się w okolicach lat '80–'90, a na Okinawie nawet '70. Nie wszędzie można płacić kartą, za to mają mnóstwo automatów… przyjmujących banknoty i liczących monety. Pewnie jeszcze faksów używają.
Mityczne tłumy ludzi są w pewnych miejscach, ale większość czasu było spokojnie.
Wygląda na to, że jeszcze tam wrócimy.
060/100 of #100DaysToOffload
Tomasz Torcz
Comments
Comments powered by Disqus